Cześć! Tu Marta i witam Cię w podcaście „Codziennie. Po ludzku. Po polsku.” Dawno mnie tu nie było, ale wracam i lecimy z tym polskim.
To miejsce, ten podcast, stworzyłam z myślą o Tobie – jeśli uczysz się języka polskiego, mieszkasz w Polsce i chcesz czuć się tu jak w domu.
Rozmawiamy tutaj o codziennym życiu, emocjach, kulturze i języku. Bez presji. Bez ocen. Po ludzku. I przede wszystkim po polsku. Bo pewnie nie masz dużo czasu na naukę i słuchasz tego w drodze do pracy albo gdy gotujesz obiad. I to jest ok.
Dziś opowiem Ci o największej przygodzie mojego życia. No to zaczynamy!
830 kilometrów.
Tyle przeszłam pieszo latem 2018 roku wzdłuż hiszpańskiego wybrzeża. Z Irun do Santiago de Compostela.
Z plecakiem na plecach.
W plecaku miałam trzy pary majtek, trzy pary skarpetek, krótkie spodenki, długie spodnie, dwie koszulki szybkoschnące, bluzę, czapkę, kurtkę przeciwdeszczową i śpiwór. Zapas jedzenia na jeden dzień. Plastry zwykłe i plastry na pęcherze. Mały notes. Latarkę. Dużo miłości do świata w sercu.
W ten sposób żyłam przez 35 dni.
Każdego ranka zakładałam plecak, wychodziłam na szlak i szłam przed siebie. Dzień po dniu. Krok po kroku.
Był ze mną mój ówczesny chłopak, dzisiejszy mąż.
POznaliśmy ludzi z całego świata, w różnym wieku. Każdy z inną historią i innym bagażem doświadczeń. Każdy z inną intencją, ale z tym samym celem. Droga. Droga była naszym celem.
Dlaczego to zrobiłam?
Szczerze? Nie wiem.
Mam wrażenie, że ta droga po prostu mnie zawołała.
W tamtym czasie, w roku 2018, pracowałam w Rydze jako nauczycielka języka polskiego. Spędzałam przy tablicy 37 godzin tygodniowo, a po pracy jeszcze uczyłam się języka łotewskiego.
Powiedzieć, że Byłam bardzo zmęczona - to za mało. Byłam na skraju wyczerpania fizycznego i psychicznego. Łotwa dała mi w kość, dała mi popalić. Może o tym też kiedyś opowiem.
Potrzebowałam więc czegoś, co pozwoli mi dotrwać do wakacji. Jakiegoś marzenia, które będzie na mnie czekało. Czegoś, co nada sens tej pracy…
Pewnego dnia obejrzałam amerykańsko-hiszpański film „The Way”, polskie tłumaczenie “Droga życia”, w reżyserii Emilio Esteveza. Coś kliknęło.
Potem zaczęłam czytać o Camino de Santiago.
Decyzja podjęła się właściwie sama.
Po prostu wiedziałam, że idę.
Zaczęłam więc chodzić na siłownię, żeby przygotować się do długich marszów z plecakiem na plecach. W każdej wolnej chwili wychodziłam na spacery - im dłuższe, tym lepsze. Pamiętam, że w moje 28 urodziny poleciałam do Bratysławy (bo akurat tam znalazłam najtańszy lot) i przeszłam 28 kilometrów. Takie uczczenie każdego roku życia jednym kilometrem marszu. Dziś, kiedy to nagrywam, mam 36 lat, nie wiem, czy dałabym radę jeszcze raz tak świętować :)
Jedni nazywają Camino pielgrzymką i traktują je jako religijne przeżycie.
Dla innych jest to po prostu szlak turystyczny i sposób na aktywne spędzenie czasu pośród pięknej przyrody.
Dla mnie było po trochu wszystkim.
Przygodą.
Duchowym doświadczeniem.
Okazją do poznania świata.
I okazją do poznania samej siebie w warunkach, których wcześniej nigdy nie doświadczyłam.
Podróż zaczęliśmy w Irún.
A właściwie trochę wcześniej. Przylecieliśmy do Tuluzy we Francji, potem autobusem dojechaliśmy do Hendaye, miejscowości leżącej tuż przy granicy z Hiszpanią.
Następnego dnia założyliśmy plecaki i ruszyliśmy w drogę.
Codziennie przechodziliśmy od 20 do 30 kilometrów.
Dzień po dniu.
Krok po kroku.
Przeszliśmy przez Kraj Basków, Kantabrię, Asturię i Galicję. Szliśmy wzdłuż oceanu.
Jak pewnie wiesz, kocham Hiszpanię.
I kocham morze.
Nie wyobrażałam sobie innej drogi.
Szlak często prowadził przez góry.
Szliśmy, kiedy świeciło słońce i temperatura przekraczała 35 stopni.
Szliśmy, kiedy padał deszcz.
Szliśmy podczas burzy, która zaskoczyła nas w lesie.
Szliśmy zmęczeni.
Szliśmy szczęśliwi.
Szliśmy i trzymaliśmy się za ręce.
Bywało bardzo ciężko. Bolały nogi, plecy, ramiona.
Nie nocowaliśmy w hotelach.
Spaliśmy w albergach – schroniskach dla pielgrzymów. Były bardzo proste. Czasami w jednym pokoju spało 20 albo 30 osób.
Zdarzało się, że rano nie wiedzieliśmy jeszcze, gdzie będziemy spać wieczorem.
Musieliśmy zaufać drodze.
I sobie nawzajem.
Wszyscy byliśmy brudni, zmęczeni i śmierdzący.
I wszyscy byliśmy cholernie szczęśliwi.
Opowiadając to wszystko, mam łzy w oczach.
Bo Camino zostawia w człowieku ogromny ślad.
Nie daje o sobie zapomnieć.
I, cholera jasna, Iznowu woła…
Niedawno byliśmy z mężem i córką w Lesie Bielańskim w Warszawie.
I nagle zobaczyliśmy ją…
Symbol Camino – żółtą muszlę i żółtą strzałkę.
To te symbole pozwalają nie zgubić się na trasie, nawet jeśli nie masz telefonu z GPS-em. To te znaki Cię prowadzą do celu.
Marzymy o kolejnym Camino.
Tym razem we troje.
Z naszą córką.
Nie będzie to już 830 kilometrów ani 35 dni.
Jeśli uda nam się przejść 50 albo 100 kilometrów, będziemy szczęśliwi.
Nie wiem, kiedy wyruszymy.
Za rok. A może za pięć.
Ale wiem jedno.
Pójdziemy.
Bo nigdy nie czułam się tak wolna, tak żywa i tak szczęśliwa.
Droga znów nas woła.
W nauce języka jest trochę jak na Camino.
Nie trzeba od razu przejść 830 kilometrów.
Wystarczy robić małe kroki. Regularnie.
I nie iść samemu.
A jeśli słuchasz tego podcastu, bo uczysz się języka polskiego i chcesz mówić po polsku częściej i z większą pewnością to zapraszam Cię do Klubu „Codziennie. Po ludzku. Po polsku”.
To miejsce dla osób, które mają dość uczenia się samodzielnie i chcą mieć regularny kontakt z językiem. Spotykamy się dwa razy w miesiącu na Zoomie, rozmawiamy po polsku, a między spotkaniami jesteśmy w kontakcie na Telegramie. Możesz zadawać pytania, wysyłać wiadomości głosowe i ćwiczyć język bez presji perfekcji.
Link do Klubu znajdziesz w opisie tego odcinka.
A Ty? Dokąd chciałbyś kiedyś wyruszyć?
Jeśli chcesz, napisz do mnie lub nagraj wiadomosc glosowa na instagramie. Bardzo lubię czytać Wasze historie. Znajdziesz mnie na Instagramie marta.od.jezykow - możesz mnie oznaczyć, będzie mi bardzo miło. Możesz też napisać maila na adres kontakt@polskib1.pl
Dziękuję Ci za wspólnie spędzony czas.
I pamiętaj — nie musisz przejść 830 kilometrów.
Czasami wystarczy zrobić jeden kolejny krok.
Do usłyszenia w następnym odcinku.
Buziaki!
krok po kroku – stopniowo, etapami
dzień po dniu – każdego dnia, regularnie
dać komuś w kość – bardzo zmęczyć lub sprawić komuś trudność
dać komuś popalić – sprawić komuś dużo problemów lub trudności
dotrwać do – wytrzymać do określonego momentu
coś kliknęło – nagle coś zrozumiałem/zrozumiałam lub poczułem/poczułam
zaufać komuś / czemuś – uwierzyć komuś lub polegać na kimś/czymś
nie dać o sobie zapomnieć – ciągle wracać do myśli lub wspomnień
na skraju wyczerpania – bardzo zmęczony, bliski utraty sił
wyruszyć – rozpocząć podróż
szlak – wyznaczona trasa do wędrówki
zmęczony – potrzebujący odpoczynku, bez energii
schronisko – miejsce, w którym można przenocować podczas podróży
wybrzeże – teren położony nad morzem lub oceanem
Komentarze